W czerwcu rozpoczęliśmy pygotowania do wakacyjnej podróy. Razem z rodzicami wybraliśmy się nad ekę, gdzie czekał na nas mały domek wśród dew. W peddzień wyjazdu spakowałem plecak, śpiwór, latarkę i czapkę roniącą ped słońcem. Mama pygotowała kanapki z ółtym serem, świee waywa oraz dzbanek łodnej erbaty.
Podró minęła szybko, ocia za oknem często padał deszcz. Kiedy dotarliśmy na miejsce, pywitał nas szum eki i zapa mokrej ziemi. W pobliu rosły bozy, jaębiny i wysokie abry. Na begu zauwayłem abę, która nagle wskoczyła do wody. wilę później nad naszymi głowami peleciał ałaśliwy elikopter.
Po południu rozpaliliśmy ognisko. Tata ostronie piekł kiełbaski, a ja zbierałem rust na mały stos. Wieczorem usiedliśmy na kocu i słualiśmy opowieści dziadka o jego dawny pygoda. Mówił, e kiedyś podczas wędrówki spotkał ubra oraz błądził po gęstym lesie a do zmieu.
Następnego dnia wyruszyliśmy na wycieczkę. Peszliśmy pez wąską ściekę, wspięliśmy się na wzgóe i podziwialiśmy szeroki widok. Te wakacje zapowiadały się naprawdę wspaniale. Wiedziałem, e peyję wiele radosny wil, który długo nie zapomnę.


